Strona:Józef Łepkowski - Babia góra i jéj okolice.djvu/7

Ta strona została uwierzytelniona.

Tak słuchając opowiadań gadatliwych górali, przeszliśmy za linią śnieżną, dostawszy się w świat mchów i kamieni. Tu znów poczęli nam przewodnicy pokazywać różne rodzaje mchów i roślin, mówiąc ich nazwiska i wskazując je jako środki lekarskie na liczne słabości. Aliści wiatr zimny ledwo nas nie obali, ani słowa usłyszysz przed jego gwizdem i szumem — otóż i wierzchołek usłany z płaskawych mchem porosłych głazów.
Promień widoku ku północy niknie w widnokręgu daleko jeszcze za Krakowem; a za tem w tę stronę może 14—15 mil przejrzeć się da w czasie pogody; od południa rozsuwa się Nowotarska dolina i równie Węgier, aż po ściany Tatrzańskie — na wschód kraj szeroko rozwarty ku pobrzeżom Dunajca, na zachód aż po źródła Wisły. Widok tak rozległy wprawdzie wrażeniem nagradza trud męczącéj podróży; przecież wolę szczyty Tatrzańskie, gdzie mimo ciaśniejszego widnokręgu, widzisz u stóp piramidy nagich gór — a nieraz włóczące się od skały do skały chmury zetrą się z grzmotem, przedstawiając najpyszniejszy obraz burzy, kiedy nad tobą płynie słońce w najpogodniejszym lazurze. W Tatrach cały upokorzony wielkością cudów bożych, tylko modlić się możesz — w Pioninach pełnych romantycznego uroku, miłość, przyjaźń i legendy, nącą do słodkiego dolce farniente; — na Babiéj górze tylko patrzeć i patrzeć by się chciało, w ten piękny kraj, co ci się u stóp rozwinął.
Wierzchołek Babiéj góry składają dwa wielkie kopce z olbrzymich głazów, w zachodnim dojrzała fantazya ludu rysunek zamczyska, które djablim zwie, — na wschodnim wystawiono tryanguł geometryczny, słup granicy z Węgrami i mały czworoboczny szałasz z głazów, ku uczczeniu naczelnika obwodu wadowickiego J. M. P. Loserta, Losertówką zwany. Budynek ten opatrzony trzema oknami nieoszklonemi i drzwiami a raczéj otworem na drzwi na przestrzał wybitemi, wygląda niby jaki konduktor do sprowadzania wiatrów. Lud altanę ową nazywa kaplicą — a tą razą nie myli się z rozsądkiem, wskazując niejako nazywaniem budynku co powinno wieńczyć szczyt góry.
Mimo podania zapisanego w geografiach o tysiącach źródeł wybiegających z wierzchołka Babiéj góry, trzy kwandranse czekać musiałem, nim góral przyniósł mi wody, któréj dopiero pod linią śnieżną od strony węgierskiéj najbliżéj zaczerpnąć można. Wodę tę zwie lud głodową, uważając apetyt jaki sprawiać zwykła. Po dwugodzinnym pobycie u szczytu, poczęliśmy się spuszczać na dół; powrót był o wiele prędszym od rannéj podróży. Prawie ku południowi wyszliśmy na wierzchołek, a koło drugiéj schodzić począwszy, po piątéj odpoczywaliśmy już w Czarnéj Hali. Kilka razy wspomniałem nazwisko hala, a może nie wszyscy czytelnicy rozumieją znaczenie tak zwanego pustelnego wśród boru szałasu. Mieszkańcy podgórza około świętego Wojciecha ugadzać się zwykli z głównymi pasterzami (bacami) i pastuchami (juhasami) o paszę owiec i bydła. Baca niby naczelnik karawany, z owym spędzonym z całéj okolicy podgórskiéj dobytkiem, w Zielone świątki po nabożeństwie wyrusza w góry na pastwiska. Tam w leśnych polanach stoją hale, gdzie się gromadzi codzień wyrabiany ser, i ogrodzenia (koszary) gdzie juchasy z owcami nocują. Karawana ta z postępem lata, coraz wyżéj zapuszcza się