Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jasełka Cz.1.djvu/153

Ta strona została uwierzytelniona.

147
JASEŁKA.

Żółtowski ręką machnął z góry na dół.
— Już gdyby to nieszczęście hrabiego spotkać miało — rzekł nagle — jabym go nie przeżył. Stary, nikogo nie mam; co mi tam!
— Truteń jesteś, powiadam ci — przerwał hrabia. Jedno szczęście twoje, że i ja mam bzika, który ci może posłużyć; lubię ludzi, co mają jakąś wadę lub śmieszność dobrze wydatną. Im grubsza narośl, tém łepiéj. Kocham Lacynę, że się upija w nocy, w dzień umizga i myśli, że mnie okpiwa; kocham Radwanowicza, prawiącego jak na mękach; kocham mego Pawła, który mnie łaje i fuka. Otoż do téj kollekcyi oryginałów, jakby Żółtowski nie miał się gdzie podziać, zapraszam do siebie: dalipan nieźle ci będzie.
Stary pan Jan obiema na to machnął rękoma, otarł łzę i poszedł do okna; Marzycki śmiać się począł.
— A no — rzekł — do tego twojego zbioru to i ja się kwalifikuję.
— Nie, bo muzyki nie lubię! rzekł hrabia.
— Jak to! ty muzyki nie lubisz?
— Nie cierpię!
— Więc można nie czuć! nie lubić muzyki! zawołał z zapałem Otto, łamiąc ręce — i przyznawać się do tego! Braknie ci więc jednego zmysłu, jednéj władzy, jednéj idei, któraby nowe otworzyła światy. Jesteś ułomny, nieboraku.
— Ha! na to nic nie poradzę: kaleką już zostanę na wieki! rzekł uśmiechając się hrabia.
Gdy tak rozprawiali, hrabia Rajmund nacieszywszy się machinami swemi, pomyślał nareszcie o bracie, i pogonił za nim aż do Żółtowskiego, niespodzianie nachodząc ich wśród swobodnéj gawędy.
Ukazanie się jego było jak chłodny powiew na