Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jasełka Cz.2.djvu/135

Ta strona została uwierzytelniona.

127
JASEŁKA.

Odciągnął na bok Jerzego, obejrzał się, chrząknął parę razy i począł:
— Najprzód, że jestem istotnym przyjacielem ś. p. ojca pańskiego i całéj rodziny, poświadczy to znany i czci najgodniejszy Paweł Siermięzki, który jest moim, mogę powiedzieć, najlepszym też przyjacielem; świadczy to funt tabaki, który od niego dostałem w prezencie. Ale dyabelnie mocna! dodał. — Otoż o co idzie?
— O wielką jakąś tajemnicę. — Los, a mogę powiedzieć: Bóg mi ją odkrył umyślnie, aby ocalić dni wasze! rzekł Mąkiewicz w uniesieniu, które wódka powiększyła. Za co spodziewam się przynajmniéj zwrotu kosztów na furmankę i małéj indemnizacyi, bo wiem, że jw. panu dziś może być trudno, ale choćby na świstku i cokolwiek gotówki.
— Ale mówże pan o co chodzi...
— Niecierpliwość zupełnie ojcowska! Taki on był w kwiecie wieku i sił, gdym miał szczęście dłoń jego ściskać, póki jeszcze byłem urzędnikiem, o czém nie wiem czy wspomniałem. Ale o tém późniéj obszerniéj, gdy zjem obiad. Więc tak było jw. panie: W Pińsku — gdzie zwykle przemieszkuję, nie mając stałéj rezydencyi i przebywając u przyjaciół moich — od dawna już przesiaduje niejaka panna Izabella Moroszówna, osoba pełna tajemniczości, nieużyta dla ludzi dotkniętych przez los i bardzo podejrzana. Jedni mówią, że robi bankocetle, drudzy, że pożycza na lichwę, inni, że coś zna, w co ja nie wierzę, bo to głupstwo. Tandem kto ona? co? tego? jak? nikt nie wie. Przy niéj tuli się niejaki Żereba, prawnik, zausznik, z którym ja razem służyłem w sądzie; ale dziś mnie znać nie chce z powodu łapciów, a ja jego też: bierz go