Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom I.djvu/322

Ta strona została uwierzytelniona.
322

— Niemam siły Jana, Panie Boże odpuść, róbmy bracia póki siłują nas, nie my to ale szwedzka przemoc winna będzie.
— Nie — nie — rzekł drugi — pójdziemy gdzie i Jan, niech nas wieszają.
Szwedzi ciągle smagali i gnębili, a żaden jeszcze za młot nie chwycił. Kaliński zagrał z innego tonu.
— Co chcecie żeby wam za to zapłacono? zapytał.
— My się sami okupim czém mamy, byleście nas niebrali.
— No! to wiedzcie że was śmierć czeka!
Krzyki bitych, zamięszanie które powstało, niedozwoliło dłużéj mówić Kalińskiemu; rozkazawszy szwedom pędzić do roboty siłą, postawiwszy dozorców, starosta pobiegł do Millera chmurny i niespokojny.
Sumienie mówiło, — walczył z niém.
W drodze spotkał żołdaków, wiodących Jana Waćka ze związanemi w tył rękoma. Górnik spójrzał w twarz staroście, nie prosząc mu się, nie mówiąc słowa; jeszcze zdając mu się urągać, szedł bez postrachu, bez łzy na śmierć, któréj oczekiwał. Kalińskiego przemogło to męztwo tak wielkie i rozkazał go puścić.