Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom II.djvu/253

Ta strona została uwierzytelniona.
253

nadzieje. Jakkolwiek szkody zrządzone w klasztorze i znużenie było wielkie, choć trzysta kilkadziesiąt kul narachowano wypuszczonych na klasztor, ranne nabożeństwo, dobry przykład starszych, gorliwość przeora, dodawały serca.
Już szwed układał się na spoczynek po tém wysileniu, a w klasztorze spokoju nie było; tu trzeba było szczerby w murach załatać, na jutro się sposobić i czuwać.
Pan Piotr Czarniecki nad wszystkich był rozegrzany i wesół: chodził, kręcił się, żartował, wydawał rozkazy z uśmiechem, uczył się działa mierzyć, ludem kierował, ściskał, zachęcał, słodził trud dobrém słowem i podziałem pracy. Ile razy kula klasztorna szarpnęła szeregu szwedów, tyle razy plasnął w ręce, podskoczył i cieszył się jak dziecię, przemawiając dobitnie, jakby go nieprzyjaciel mógł słyszeć.
Już zmierzchało, gdy niemczyn Halmer przyszedł do niego o kiju: wiemy, że pan Czarniecki niemców zgoła nie lubił; i zobaczywszy go kulającego, miał już ochotę powiedzieć:
— A dobrze ci tak szołdro...
Ale mu puszkarz przerwał te wyrazy na ustach.
— Wiem, — rzekł tajemniczo, — tylko tego