Strona:Karol May - Old Surehand 05.djvu/200

Ta strona została skorygowana.
—  178  —

cwałem po naszym tropie. Wszyscy patrzyli jakiś czas za Indyaninem, tylko on nie oglądnął się ani razu.
— Przeklęta skóra czerwona! Co on mógł mieć na myśli? Czy zrozumieliście to odwrócenie słów moich, mr. Cutter?
— Nie — odpowiedział stary Wabble. — Postąpił, jak Indyanin. Chciał nam coś odpowiedzieć, lecz nic sobie przytem nie myślał.
Well! W takim razie niech jedzie te dwie mile i szuka dalej. Czerwony „wojownik“ z siodłem na ramieniu! To mi zuch! Ta nędzna banda upada coraz niżej!
Po tem krótkiem zajściu pojechaliśmy dalej. Trampom się nie dziwiłem, bo nie byli westmanami, ale Old Wabble nie powinien był słów czerwonego uważać za pozbawione znaczenia! Mnie byłyby one napełniły taką nieufnością, że byłbym pojechał za Indyaninem, by zobaczyć, co czyni. Kto z takich odpowiedzi nie wyciąga wniosków, ten nie dorósł do niebezpieczeństw Dzikiego Zachodu.
Nie ujechaliśmy jeszcze daleko, kiedy nastąpiło nowe spotkanie i to bardzo ważne, nieprzewidziane przez nas, a zatem niespodziane.
Droga nasza prowadziła wzdłuż skraju zarośli, wijących się jak wstęga przez sawannę. Tam ujrzeliśmy dwu jeźdźców, zbliżających się z koniem jucznym od strony prawej. Musieli z nami się zetknąć, a ponieważ nas także dostrzegli, przeto ani jedna, ani druga strona nie mogła już się ukryć. Jeden z jeźdźców wziął nawet do ręki strzelbę, jak to się dzieje zawsze przy spotkaniu się z obcymi.
W oddaleniu może trzechset kroków od nas zatrzymali się z widocznym zamiarem przepuszczenia nas obok siebie w milczeniu. Old Wabble jednak powiedział:
— Nie troszczą się wcale o nas, jedźmy więc prosto do nich!
Tak się stało. Ujechaliśmy niedługą przestrzeń, kiedy usłyszałem za sobą kilka głośnych okrzyków.