Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 04.djvu/221

Ta strona została uwierzytelniona.
XXXIV.

Po za korytarzem było trzy pokoje jeden za drugim, przeznaczonych wyłącznie dla oficerów. Tam były łóżka, na których chorzy bądź leżeli, bądź siedzieli, jeżeli znajdowali się w rekonwalescencji. Kilku przechadzało się nawet w szlafrokach i pantoflach. Pierwszym, który spostrzegł wchodzącego Rostowa, był człowiek chudy i wzrostu nader małego. Ucięto mu lewe ramię, i rękaw zwisał próżny. Na głowie miał czapeczkę bawełnianą, w zębach trzymał fajeczkę na krótkim cybuszku. Ten przemierzał pokój w szerz i wzdłuż. Spojrzał na Rostowa, starając się przypomnieć, gdzie i kiedy widział go już.
— No, no! — zaśmiał się serdecznie. — „Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze!“... To ja Tonszyn, który zabrał cię był panie oficerze tam, pod Schöngraben. Widzisz pan? — potrząsł próżnym rękawem. — Odkroili mi kawałeczek!... Szukasz Denissowa?... To mój sąsiad najbliższy!... Proszę tędy... — i zaprowadził go do pokoju obok, gdzie słychać było śmiechu wybuchy.
— Że też im nie odpadnie ochota raz na zawsze — Rostow pomyślał — do żartów i śmiechów? Nie mógł dotąd zapomnieć owego trupa nie sprzątnionego, owych dzikich spojrzeń przeszywających go na wskroś i owego fetoru straszliwego ciał w rozkładzie.
Denissow z głową ukrytą pod kołdrą, chrapał w najlepsze, pomimo że była już dwunasta w południe.
— Ah! to ty Mikołuszka! dzień dobry! dzień dobry!