Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 06.djvu/17

Ta strona została uwierzytelniona.

— Ho, ho!... Huź ha!... — Ktoś zawołał w tej chwili, tym tonem nieokreślonym, a tak trudnym do naśladowania, dla mieszczuchów, w którym łączą się nuty najniższe z najwyższemi i (że się tak wyrazimy) najbardziej szpiczastemi. Tak umieją tylko wołać na psy strzelcy z profesji, którzy uczą się tego od lat najmłodszych do późnej starości. Z po za węgła domu wysunął się Daniło, łowczy nadworny hrabiego Rostowa. Twarz miał żółtą jak wosk i pokrytą gęstą siecią zmarszczków. Włosy szpakowate, nosił długie, z przodu podgolone, według mody Mało-Rusinów. Trzymał w prawej dłoni długi bat. W wyrazie jego fizjognomji, malowała się zupełna niezależność i owa głęboka pogarda dla wszystkiego, co nie ma styczności bezpośredniej, z ważną kwestją polowania. Coś podobnego spotyka się bardzo często u strzelców z zawodu. Zdjął wprawdzie czapkę czerkieską z głowy, przed swoim młodym panem, twarz mu się jednak ani na włos nie zmieniła. Nie było przeto w tym wyrazie niczego wyzywającego lub obrażającego innych. Mikołaj cenił wysoko tego człowieka z gminu, mimo jego miny trochę zuchwałej. Daniło był dla młodego adepta sztuki strzeleckiej ideałem dotąd niedoścignionym.
— Cóż mi powiesz Daniło? — zawołał Mikołaj rozradowany tem powietrzem stworzonem do polowania, widokiem swoich psów i starego łowczego.
— Co rozkaże wasza miłość? — odpowiedział mu głos basowy, trochę przez nos puszczany, prawdziwy głos niski a zachrypnięty djaka ruskiego. Dwoje oczu czarnych jak piekieł czeluście, a przeszywających niby