Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 06.djvu/92

Ta strona została uwierzytelniona.
XII.

Nataszka, której oczku bystremu nic nie uszło, tak wszystkiem na powrót zręcznie zarządziła, że w pierwszych saniach, jechała ona z panią Schoss i z Dimmlerem, a w sankach Mikołaja, Sonia obok niego, i dwie panny służebne hrabiny, które po francuzku ani słowa nie rozumiały.
Teraz Mikołaj nie pędził już na złamanie karku, jak przedtem. Radby był przeciwnie jechać jak najdłużej. Nie mógł wzroku oderwać od Soni, szukając pod czarnym wąsikiem, i łukiem czarnych brwi, owych słodkich rysów dzieweczki jego, ukochanej od tak dawnych lat, z którą nikt i nic już teraz nie potrafi go rozłączyć! Srebrne blaski księżycowe, wspomnienie palącego pocałunku na jej usteczkach purpurowych, ziemia lśniąca niby piaskiem z djamentów posypana pod końskiemi kopytami, to ciemne niebo zasiane gwiazdami roziskrzonemi po nad ich głowami, mroźne powietrze, rozsadzające mu płuca i napełniające piersi jakąś siłą dotąd nieznaną, wszystko to przenosiło go w wyższe sfery, i kazało wierzyć w jakiś świat zaczarowany.
— Soniu, nie zimno ci? — spytał.
— Mnie? gorąco! A tobie?...
Mikołaj wstrzymał nagle swoje rysaki, wyskoczył z sanek, rzucając lejce pachołkowi zawieszonemu w tyle i pobiegł pędem do sani Nataszki.
— Słuchaj — przemówił po francuzku szeptem prawie. — Postanowiłem wszystko Soni powiedzieć.
— Powiedziałeś jej, cóż właściwie? — wykrzyknęła siostra z twarzą rozpromienioną.