Strona:Lew Tołstoj - Wojna i pokój 07.djvu/268

Ta strona została uwierzytelniona.
XXXVIII.

Po odjeździe cara, w Moskwie wszystko zaczęło iść po dawnemu. Uniesienie pełne zapału i gotowości do ofiar, choćby i największych, w dniach ubiegłych, prawie snem się wydawało. Tak błoga cisza zapanowała po wrzawie wywołanej cara bytnością, że jaki taki przestał wierzyć w możliwość jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Członkowie klubu angielskiego zapominali nawet chwilami, do czego byli się zobowiązali najuroczyściej. Przypomniano im to niestety bardzo prędko, mącąc błogi spokój, gdy zażądano urzędownie dopełnienia obietnicy i dostawienia tak rekrutów, jak i sum pieniężnych do kasy rządowej, niezbędnych do dalszej wojny.
Zbliżanie się nieprzyjaciela, nie wpłynęło wcale na usposobienie lekkoduszne mieszkańców Moskwy. Zapatrywali się na swoje obecne położenie z coraz większą bezmyślnością, nie do przebaczenia.
Rzecz dziwna i prawie niepojęta! ale Moskwa nigdy się tak ochoczo nie bawiła, jak w przededniu zdobycia „Miasta świętego“ przez Francuzów.
Odczytywano na rogach ulic porozlepiane odezwy Roztopczyna, i dysputowano nad niemi, niby nad nową poezją Puszkina. Opowiadano, że Mamonowa pułk będzie kosztował 800,000 rubli, a Bestużewa z miljon. Śmiano się i żartowano z Piotra, że jako szczyt poświęcenia dla ojczyzny, sam wlezie w mundur, i pójdzie na czele swoich ludzi, jako najwspanialszy okaz Tambor majora, jaki kiedykolwiek świat oglądał. Cytowano ognistą przemowę jakiegoś szynkarza, a niegdyś wojaka,