Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 01.djvu/143

Ta strona została uwierzytelniona.

godni doznanej łaski, ryzykując nieśmiało coś w rodzaju: „Czy pani nie sądzi, że gdyby pani się przeleciała nieco w ładną pogodę...”, lub którzy, przeciwnie, kiedy im mówiła: „Źle jest ze mną, moi drodzy, bardzo źle, to już koniec”, odpowiadali: „Och, to bieda, kiedy się nie ma zdrowia! Ale to się jeszcze może ciągnąć”, — jedni i drudzy mogli być pewni, że nigdy nie przestąpią jej progu. Franciszka bawiła się przerażoną miną cioci Leonji, kiedy ta z łóżka spostrzegła na ulicy św. Ducha któregoś z natrętów, lub usłyszała dźwięk dzwonka; ale śmiała się jeszcze lepiej, niby z dobrego figla, z zawsze zwycięskich chytrości cioci w pozbywaniu się gości i z rozczarowanej miny tych, co odchodzili bez rezultatu. W gruncie podziwiała swoją panią, którą miała za coś wyższego od wszystkich tych ludzi, skoro ich nie chce przyjąć! W rezultacie ciocia wymagała równocześnie i żeby pochwalać jej tryb życia, i żeby współczuć z jej cierpieniami, i żeby ją pokrzepiać na przyszłość.
W tem celowała Eulalja. Ciocia mogła jej mówić dwadzieścia razy na minutę: „To już koniec, moja dobra Eulaljo”, dwadzieścia razy Eulalja odpowiadała: „Znając swoją chorobę tak jak pani ją zna, pani Oktawowo, dożyje pani stu lat. To samo nie dalej jak wczoraj mówiła mi pani Sazerin”. (Jednem z najgłębszych przeświadczeń Eulalji, którego

139