Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 01.djvu/226

Ta strona została uwierzytelniona.

się. Pan Legrandin ledwie się odkłonił, ze zdziwioną miną, tak jakby nas nie poznawał, z owem spojrzeniem właściwem osobom które nie chcą być uprzejme i które z przedłużonej nagle głębi oczu patrzą jakby was spostrzegli gdzieś na skraju nieskończonej drogi i na tak wielką odległość, że poprzestają na lekkiem skinieniu głowy, aby je dostosować do waszych miniaturowych proporcyj.
Dama, której towarzyszył Legrandin, była to osoba cnotliwa i szanowana; nie mogło być mowy o tem, aby go coś z nią łączyło i aby był zakłopotany tem że go „nakryto”; to też ojciec pytał sam siebie, czem mógł narazić się panu Legrandin. „Tembardziej byłoby mi przykro gdybym go uraził, — rzekł ojciec, — że pośród wszystkich tych wykrochmalonych figur, on ma w swojej kurteczce, w swoim niedbałym fontaziu, coś tak swobodnego, tak szczerze naturalnego, naiwnego prawie, co mi jest nawskroś sympatyczne”. Ale rada familijna uznała jednogłośnie, że musiało się ojcu coś przywidzieć, lub że Legrandin musiał być w tej chwili pochłonięty jakąś myślą. Zresztą obawa ojca rozwiała się nazajutrz wieczór. Kiedyśmy wracali z dalekiej przechadzki, spostrzegliśmy koło Starego Mostu Legrandina, który, korzystając ze świąt, został kilka dni w Combray. Podszedł do nas z wyciągniętą prawicą:

222