Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 01.djvu/246

Ta strona została uwierzytelniona.

wiek zdarzyło mojej teściowej, aby się nie czuła jak na bezludnej wyspie, czy pan tam zna kogo?
— Tam, jak wszędzie, znam wszystkich i nie znam nikogo — odparł Legrandin który nie poddawał się tak szybko; — wiele rzeczy i bardzo mało osób. Ale i same rzeczy wydają się tam niby osoby; osoby rzadkiej i delikatnej esencji, zawiedzione przez życie. Czasami jakiś zameczek na stromej skale, nad drogą gdzie się zatrzymał aby zmięszać swój blady smutek z różowym jeszcze wieczorem, kiedy wschodzi złoty księżyc a łodzie które wracają prując pstrą wodę, wznoszą na swoje maszty płomień i stroją się w barwy; czasem zwykły samotny dom, raczej brzydki, z obliczem nieśmiałem ale romantycznem, który skrywa wszystkim oczom jakąś niezniszczalną tajemnicę szczęścia i melancholji. Ta kraina nierealna — dodał z machiaweliczną subtelnością — ta kraina czystego urojenia, to zła lektura dla dziecka, i z pewnością nie ja wybrałbym ją i zalecił memu młodemu przyjacielowi, już tak skłonnemu do smutku, o przewrażliwionem sercu. Klimaty zwierzeń miłosnych i daremnych żalów mogą odpowiadać staremu sceptykowi jak ja, ale zawsze są niezdrowe młodzieży w momencie dojrzewania. Wierzcie mi — dodał z naciskiem — wody tej zatoki, nawpół już bretońskiej, mogą mieć działanie kojące (nie-

242