Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 02.djvu/222

Ta strona została uwierzytelniona.

swobody i pewności siebie, które daremnie maskują nieodłączny od chęci popisu chłód i tremę. Forcheville znał ten dowcip, toteż ubawił się nim. Co się tyczy pana Verdurin, ów nie certował się ze swą wesołością, bo znalazł od niedawna na wyrażenie jej symbol różny od tego którym się posługiwała jego żona, ale równie prosty i jasny. Ledwie jąwszy poruszać głową i ramionami, jak ktoś kto pęka od śmiechu, zaraz zaczynał kaszleć, tak jakby, śmiejąc się za mocno, połknął dym z fajeczki; i wciąż trzymając fajkę w zębach, przedłużał nieograniczenie imitację duszenia się i wesołości. Tak on i pani Verdurin, która naprzeciwko, słuchając jakiejś historji malarza, zamykała oczy nim ukryła twarz w dłoniach, wyglądali jak dwie teatralne maski, na różne sposoby wyobrażające wesołość.
Pan Verdurin uczynił roztropnie nie wyjmując fajeczki z ust, bo Cottard, zmuszony oddalić się na chwilę, zrobił półgłosem żarcik, którego niedawno się nauczył i powtarzał go za każdym razem, kiedy się miał udać w to miejsce: „Muszę pomówić chwilę z księciem Aumale”; tak że krztuszenie się pana Verdurin zaczynało się na nowo.
— Słuchaj, wyjmij fajkę z ust, widzisz przecie, że się w końcu udusisz od tego hamowania śmiechu, rzekła do męża pani de Verdurin, częstując równocześnie gości likierami.

218