Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 03.djvu/64

Ta strona została uwierzytelniona.

nem tak delikatnie, że to dawało jedynie tem wyższe pojęcie o staraniu pracownicy), w całunie, którego często wspominany obraz dawał jej niezawodną satysfakcję jeżeli nie komfortu, to bodaj zadowolonej próżności. We wszystkich postępkach i myślach odnoszących się do Odety, Swann ulegał wciąż tajonemu uczuciu, że jest jej może nie mniej drogi, ale jako towarzystwo mniej miły od kogokolwiek, od najnudniejszego z „paczki” Verdurinów; toteż kiedy się przenosił myślą w świat, dla którego był człowiekiem uroczym i pożądanym, gdzie robiono wszystko aby go ściągnąć, gdzie rozpaczano że go się tak mało widuje, zaczynał wierzyć w istnienie szczęśliwego życia, prawie odczuwał jego głód. Podobny był wówczas choremu, leżącemu od wielu miesięcy w łóżku, na djecie, gdy ujrzy w dzienniku menu oficjalnego śniadania lub anons wycieczki na Sycylję.
O ile Swann musiał się usprawiedliwiać przed przyjaciółmi z towarzystwa że ich zaniedbuje, o tyle czuł potrzebę usprawiedliwiania przed Odetą swoich u niej wizyt. A jeszcze płacił za nie, zastanawiając się z końcem miesiąca — o ile bodaj trochę nadużył cierpliwości Odety i odwiedzał ją częściej — czy wystarczy jej posłać cztery tysiące franków! I dla każdej wizyty znajdował jakiś pozór: prezent, który przynosił Odecie; informację której potrzebowała;

60