Strona:Marcel Proust - Wpsc01 - W stronę Swanna 03.djvu/87

Ta strona została uwierzytelniona.

zwojów, stają się podobne równocześnie do pęku alg, do gniazda, do plecionki hiacentów i do splotów węża.
Inni wreszcie, również kolosalni, stali na monumentalnych schodach, którym ich dekoracyjna i marmurowa nieruchomość mogły, jak schodom pałacu dożów, zyskać nazwę: „Schody Olbrzymów”. Swann wstępował na nie ze smutną myślą, że Odeta nigdy nie szła tamtędy. Ach! z jakąż rozkoszą byłby się zamiast tego wspinał na ciemne, śmierdzące, karkołomne schody krawcowej, na której piątem pięterku z radością opłacałby drożej niż abonament w Operze prawo spędzania wieczoru w czasie wizyty Odety, a nawet w inne dnie, aby móc mówić o niej, żyć z ludźmi których ona zwykła była widywać w jego nieobecności i którzy przez to samo ucieleśniali dla Swanna bardziej rzeczywistą, niedostępną i tajemniczą część życia kochanki. Podczas gdy na owych cuchnących i upragnionych schodach ex-krawcowej (nie było tam kuchennych schodów) widniała wieczór przed każdemi drzwiami na słomiance pusta i brudna blaszanka na mleko, tu, na wspaniałych i obojętnych schodach na które Swann wstępował w tej chwili, po obu stronach, na różnych wysokościach, przed każdem zagłębieniem które tworzyła w ścianie loża odźwiernego lub drzwi apartamentu, stali — reprezen-

83