Strona:PL Światełko. Książka dla dzieci (antologia).djvu/116

Ta strona została uwierzytelniona.

Kucharka broniła się ze śmiechem.
— Paniczu!... Żeby ciebie! — machnęła na psa fartuchem, a tymczasem Edzio porwał patelnię, wylał na krupnik całą rozpuszczoną na niej słoninę i pochwycił misę, z której para buchała.
— Ostrożnie — wołała Marcinowa — panicz siebie i psa oparzy!
— Postawię w sieni, aby ostygło! — z sieni już wołał Edzio.
Tu spotkał jednego z kolegów i powiódł go z sobą, chcąc mu pokazać fuzyjkę, otrzymaną od rodziców, na gwiazdkę.
Oglądanie fuzyjki zajęło bardzo obu chłopców. Z kolei Edzio pokazywał koledze obrożę z czerwonej skóry, nabijaną bronzowymi ćwieczkami, z własnych oszczędności kupioną dla Tankreda, w którą miał właśnie psa ubrać przed spacerem...
Gdzież Tankred?
Tankred pozostał był w sieni. Zwykle zmyślny pies kładł się tam wyciągnięty na przednich łapach, warując, przed stojącą w kącie misą krupniku. Dla niego bowiem przeznaczony był ten biały i zawiesisty z sutą omastą pokarm. Tankred wyczekiwał tak cierpliwie wejścia Edzia i pozwolenia przystąpienia do jadła
Teraz z sieni dochodziły do pokojów niezwykłe jakieś szmery i brzęk cichy, metaliczny, stłumione słowa prośby, czy perswazyi, chciwe chlipanie płynnej strawy, warczenie głuche.
Edzio poskoczył ku drzwiom i stanął jak wryty. Na przeciw mało co od niego słuszniejszy, a wiele szczuplejszy, owieszony zwitkami drutu, osmolony, odarty, z zimna zsiniały