Strona:PL Balzac - Kobieta porzucona; Gobseck; Bank Nucingena.djvu/125

Ta strona została przepisana.

— No, więc! odparł starzec, ależ pani się trudno decyduje, moja piękna pani.
Podpisał czek na pięćdziesiąt tysięcy do banku i wręczył hrabinie.
— A teraz, rzekł z uśmiechem dość podobnym do uśmiechu Woltera, dopełnię sumy trzydziestoma tysiącami weksli, których pełnej wartości nie zaprzeczy mi z pewnością nikt. To szczere złoto. Pan hrabia powiedział mi dopiero co: „Moje weksle będą zapłacone”.
To mówiąc, podał jej weksle podpisane przez hrabiego, wszystkie zaprotestowane w wilję na żądanie jednego z kolegów, który prawdopodobnie sprzedał je lichwiarzowi pół darmo.
Młody człowiek wydał krzyk wściekłości, w którym można było wyróżnić słowa: „Stary łotr!“
Gobseck nie drgnął, wydobył z puzderka parę pistoletów i rzekł chłodno:
— Jako obrażony, mam pierwszy strzał.
— Maksymie, przeproś pana, zawołała pojednawczo drżąca hrabina.
— Nie miałem zamiaru pana obrazić, bąknął zmięszany młody człowiek.
— Wiem o tem, odparł spokojnie Gobseck, miał pan zamiar jedynie nie zapłacić swoich weksli.
Hrabina wstała, skinęła głową, i znikła zdjęta widocznie głęboką zgrozą. Pan de Trailles musiał iść za nią; ale, nim wyszedł, rzekł:
— Panowie, jeżeli piśniecie słowo o tem wszystkiem, poleje się wasza krew albo moja.