Strona:PL Balzac - Marany.djvu/84

Ta strona została przepisana.

— A pani Diard? rzekł Montefiore.
— Ech! odpowiedział Prowansalczyk.
Wyszli; ale przed zabraniem kapelusza, Diard wszedł do sali jadalnej domu, w którym się znajdował, i zażądał szklanki wody: kiedy po nią posłano, przeszedł się wzdłuż i wszerz i zdołał pochwycić, przez nikogo nie postrzeżony, jeden z tych noży stalowych bardzo małych, ostro zakończonych, z trzonkiem z perłowej macicy, służących do krajania owoców przy deserze, a których jeszcze nie sprzątnięto.
— Gdzie mieszkasz? zapytał Montefiore na dziedzińcu. Muszę posłać powóz przed bramą mojego domu.
Diard wskazał dokładnie swoje mieszkanie.
— Pojmujesz, rzekł do niego Montefiore pocichu, biorąc go pod rękę, że dopóki jestem z tobą, nie potrzebuję się obawiać niczego, ale gdybym powracał sam, a jaki nicpoń poszedł za mną, to nieźleby się obłowił na mojej śmierci.
— A co masz przy sobie?
— Och! prawie nic, rzekł Włoch podejrzliwy. Mam tylko to, co wygrałem. Ale stanowiłoby to niezły majątek dla jakiego łotra, który z pewnością okupiły sobie patent uczciwego człowieka na resztę życia.
Diard poprowadził przez ulicę pustą, której zauważył dom, którego brama znajdowała się na końcu pewnego rodzaju alei wysadzonej drzewami i otoczonej wysokiemi bardzo ciemnemi murami.
Przybywszy w to miejsce, był tyle śmiałym, że prosił po wojskowemu Montefiorego, ażeby szedł naprzód,