Strona:PL Balzac - Marany.djvu/91

Ta strona została przepisana.

sokiej wartości, jak mi mówiono. Idź, oddal się... odejdź że.
— Felicja nie powraca, rzekł Diard osłupiały. Czyżby ją zaaresztowano?
Juana, położyła krzyż na brzegu stołu i rzuciła się do okien wychodzących na ulicę.
Tam przy świetle księżyca spostrzegła żołnierzy, którzy stawali w najgłębszem milczeniu wzdłuż murów. Powróciła udając spokój i rzekła do męża:
— Nie masz ani chwili czasu do stracenia, trzeba uciekać przez ogród. Oto jest klucz od furtki.
Przez ostrożność jednak poszła rzucić okiem na ogród.
W ciemności, pod drzewem spostrzegła srebrzysty połysk kapeluszy żandarmskich, usłyszała nawet cichy szmer tłumu, zgromadzonego przez ciekawość, ale który straż powstrzymywała na rogach ulic, którędy napływał.
W istocie, ludzie, którzy patrzyli przez okna, widzieli Diarda.
Wkrótce za wskazówką ich i przestraszonej służącej, którą przyaresztowano, wojsko i lud zajęli dwie ulice, przy zbiegu których dom się znajdował.
Kilkunastu żandarmów, którzy wrócili przez mury okalające ogród i przetrząsali go, do czego ich upoważniała spełniona w tej chwili zbrodnia.
— Panie, rzekła Juana, już wyjść nie możesz. Całe miasto się zgromadziło.
Diard pobiegł do okien z szaloną szybkością ptaka