Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/227

Ta strona została uwierzytelniona.

było śpieszno. Gdy nadto wybiegła naprzód, dozorca wołał za nią: „A co tak lecisz?“ Wówczas zatrzymywała się i stała jak słup na gościńcu, dopóki znowu iść nie kazano.
— Musi, że ona zupełnie głupia — rzekł jeden z towarzyszących jej chłopów, ten, co niósł pismo z powiatu.
— Taka zawdy była, choć do prostej roboty nienajgorsza — odparł drugi, który Zośkę znał oddawna, bo pochodził z tej samej gminy.
I znowu poczęli rozmawiać o czem innem. Do kancelarji gminnej nie było dalej jak wiorsta, i z poza śnieżystego wzgórza już przeglądały ciemne kominy chałup, kiedy naprzeciw Zośki i jej dozorców ukazał się konny strażnik, a za nim sanki ze zwłokami Owczarza i dziecka. Zośka, wciąż idąc naprzód, wyminęła korowód, ale dozorcy, spostrzegłszy niezwykłe widowisko, zatrzymali ją i poczęli rozmawiać z sołtysem.
— O la Boga! — zawołał jeden — a cóż to za nieszczęśnik?
— Owczarz, parobek Ślimaka — odparł sołtys. — Zośka! — zwrócił się do konwojowanej — a dyć to twoja dziewucha z Owczarzem!
Zośka, zbliżywszy się do sani, poczęła zrazu obojętnie przypatrywać się zwłokom. Powoli jednak spojrzenie jej nabrało ludzkiego wyrazu.
— Co to na nich padło? — rzekła.
— Zmarźli.
— Czegóż oni zmarźli?
— Bo ich Ślimak wygnał z domu.
— Ślimak?... Ślimak wygnał z domu?... — mówiła, przebierając bezmyślnie palcami. — Jużci to Owczarz, a to... musi że moja dziewucha... Moja!... ino trochę od tych czasów urosła... Słyszał kto, żeby zaś takie dziecko zamrozić?... No, prawda, że jej odrazu zły koniec był sądzony... Jak mi