Strona:PL Bronte - Villette.djvu/496

Ta strona została uwierzytelniona.




ROZDZIAŁ XXVI
POGRZEB

Od tego dnia nie mogłam uskarżać się na brak odmiaw moim życiu: wychodziłam często z wiedzą i najzupełniejszą aprobatą Madame Beck, której imponowało stanowisko społeczne moich przyjaciół. Godna przełożona od samego początku traktowała mnie z szacunkiem, a kiedy dowiedziała się, że bywam zapraszana do jednego z okolicznych châteux i do wspaniałego „hôtel“, szacunek jej dla mnie przeobraził się w zaszczytne, pełne względów wyróżnianie mojej osoby.
Nie powodowało nią nigdy budzące wstręt płaszczenie się przed majątkiem, czy tytułem. Madame, osoba na wskroś światowa, w niczym jednak nie kierowała się słabością. Przy górującym nad wszystkimi innymi pobudkami liczeniu się jej z własnym interesem potrafiła jednak zachować umiar i zdrowy rozsądek; przy nieustannym żądnym uganianiu się za zarobkiem nie zatracała spokoju i rozwagi. I w tym wypadku także zamiast ściągnąć na siebie moją pogardę okazywaniem nazbyt jawnej służalczości, i zbyt wyraźnego schlebiania możnym tego świata, poprzestawała na pełnym taktu i umiaru zaznaczaniu zadowolenia swojego z tego, że osoby, związane z prowadzonym przez nią zakładem wychowawczym, obracają się w towarzystwie, podnoszącym je duchowo i obyczajowo, nie zaś obniżającym ich poziom. Nie wychwalała nigdy ani mnie, ani moich przyjaciół, raz jeden tylko, kiedy siedziała na słońcu w ogrodzie, delektując się filiżanką czarnej kawy przy czytaniu „Gazette“, — pisma codziennego — a ja przyszłam, aby poprosić ją o pozwolenie wyjścia wieczorem dała wyraz swemu zadowoleniu odpowiedziawszy mi z niezwykłą serdecznością:

108