Strona:PL Bronte - Villette.djvu/548

Ta strona została uwierzytelniona.

ciażby mówił co chce, zarówno obowiązek, jak wzgląd na własny interes, nakazują mu bezwzględne i bezzwłoczne zastosowanie się do wezwania. Dlatego też stałam, czekając w milczeniu, jak gdyby nie odezwał się jeszcze ani słowem. Zirytowany warknął czego chcę jeszcze.
— Czekam tylko na odpowiedź Monsieur, jaką mam zakomunikować przysłanemu w tym celu woźnemu.
Machnął niecierpliwie ręką na znak odmowy.
Odważyłam się wyciągnąć palce po bonnet grec, leżący na gzemsie okiennym. Dostrzegł ten zuchwały mój ruch, przyjąwszy go ze zdumieniem zarazem i politowaniem nad jego godną pogardy bezcelowością.
— O! — bąknął — skoro dochodzi już do tego, że Miss Lucy pozwala sobie sięgać po mój bonnet grec, może zechce łaskawie włożyć go na swoją własną głowę, stając się dzięki temu przebraniu mężczyzną, i pójść zamiast mnie do Ateneum.
Z wielkim szacunkiem położyłam bonnet na pulpicie, skąd zwisający chwast klasycznego przybrania głowy zdawał się przerażająco kiwać na mnie.
— Napiszę kilka słów wytłomaczenia. — To wystarczy! — rzekł, zdecydowany wciąż jeszcze wykręcić się od pójścia.
Wiedząc, że to nie wystarczy, pchnęłam ostrożnie szacowne nakrycie głowy w kierunku jego ręki; nie byłam jednak widocznie dość ostrożna, bowiem, popchnięte przeze mnie, zsunęło się po politurowanym drzewie pulpitu i spadło, pociągając za sobą lekkie, oprawne w stal „lunettes“, które, o zgrozo! — upadły na podłogę katedry. Dziesiątki razy bywałam osobiście świadkiem wydarzania im się czegoś podobnego: padały, nic im się jednak nigdy nie stawało. Tym razem wszakże — sprawił to może przysłowiowy już brak szczęścia Lucy Snowe — upadły tak fatalnie, że każde ze szkieł roztrzaskało się w drobny mak.
Przerażenie moje i żal nie miały granic — zbyt dobrze znałam wartość, jaką miały dla niego jego „lunet-

160