Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/454

Ta strona została przepisana.
XXXII.

Nie wiém... i wolę nie dochodzić wcale.       245
Więc do powieści. Sawa wszedł do jamy.
Słońce wschodzące, przez burzanów fale,
Lało się w grotę ognistymi błamy,
Barany białe leżały na skale,
Nad grotą. — Obraz ten oprawić w ramy! —       250
Za Sawą wszedł koń w jamę wyzłacaną
Słońcem i poszedł do żłobu, po siano.


XXXIII.

Za Sawą weszło dziéwczę z gołębiami,
Pies łasił się, koń rżał, gołębie gruchały.
Brylantowemi jedno źródło skrami       255
Padało z tętnem, lejąc się ze skały. —
Idyllę moją pies cokolwiek plami
Przeszłością; ale któż jest doskonały? —
Pies więc i grota, koń, gołębie, trzoda;
Spokojne słońce wschodzi, mruczy woda.       260


XXXIV.

Sawa na siodle oparł się; dziewczyna
Siadła przy źródle i czesała włosy.
A do niéj Sawa: „Oj moja Swentyna
Latasz po stepie jak cygańczuk bosy,
A czerwieniejesz teraz, jak kalina.       265
Oj będzie łycho! — Toż to moje losy!
Chciał ja się mieczem wyrąbać na panka,
A siostra wyjdzie na łycho... Cyganka!“ —


XXXV.

— „Na licho wyjdę, czy na spokojnicę,
A tobie to co? ty wyjdź na Hetmana!       270
Znajdź sobie jaką piękną krasawicę,
Córkę Starosty, albo Kasztelana,
Taj się żeń... Ja ci ubiorę w brusznice
Korowaj — sama pójdę w step bojana
Gdzie mi śpiewają kwiaty i żórawie:       275
A spać nie będę na wproszonéj ławie.