Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Meir Ezofowicz.djvu/178

Ta strona została przepisana.

— Ja, płacząc, proszę Jehowy, abym mógł czcić ojca mego...
Meir rękę jego pochwycił.
— Nu, to idź ztąd! idź ztąd! bo jak zostaniesz tu jeszcze trochę, nigdy już... nigdy... nigdy czcić ojca swego nie będziesz...
Młody człowiek mówił to z takiém uniesieniem, że Eliezer zbladł i zmięszał się bardzo.
— A jak ja pójdę teraz ztąd? — szepnął, jeżeli oni o wielkim sekrecie rozmawiają...
Tu znowu zabrzmiał za ścianą głośniejszy nieco wykrzyk Jankla:
— Chajet Szmul, nędzarz, i furman Jochel, złodziéj... oni obaj grube pieniądze wezmą...
— A chłopi co wódkę wieźli? — zawołał Abram.
Jankiel zaśmiał się.
— Oni u moich szynkarzy, z ciałami, duszami i dobytkami swemi, w kieszeniach siedzą...
— Szaaa! — syknął znowu flegmatyczniejszy i ostrożniejszy od towarzyszy swych Kalman.
Tym razem Eliezer drżéć już począł. Pzrebłysk domysłu jakiegoś w głowie jego zaświtał.
— Meir! Meir! — zaszeptał z niezwykłą sobie gwałtownością, — ja chcę ztąd iść, ale tamtędy, koło nich, lękam się... bo oni domyślą się, że ja z ich sekretu dowiedziałem się czegoś...
Meir jedną ręką odsunął stół przy oknie stojący, drugą popchnął przyjaciela ku otwartemu oknu.
W mgnieniu oka Eliezer zniknął z izdebki. Wtedy Meir wyprostował się i rzekł do siebie:
— Nu! teraz ja im pokażę się! nich wiedzą, że tu były uszy, które słyszéć mogły!
Mówiąc to, otworzył nizkie drzwiczki i wszedł do sąsiedniéj izby.
Tu, pod ścianą, na trzech blizko ku sobie przysuniętych stołkach, siedzieli trzéj ludzie. Rozdzielał ich mały stół z prostego białego drzewa. Jankiel i Abram wspierali się na nim łokciami i nizko pochylali ku sobie głowy. Kalman siedział wyprostowany, wspaniały błyszczący od okrywającéj go sajety, jak zwykle. Jankiel miał twarz płonącą od ceglastych, gorączkowych rumieńców, — Abram był blady; oczy pierwszego połyskiwały ostro, chciwie, złośliwie, — wzrok drugiego spuszczał się ku ziemi, jakby w trosce i srogiéj niepewności. Ale plastycznego spokoju Kalmana nic zachwiać nie mogło. Policzki jego rumieniły się zwykłą czerstwością, a na pulchnych wargach spoczywał wiekuisty miodowy uśmiech doskonałego zadowolenia.
Gdy Meir otwierał drzwiczki, do uszu jego doszły jeszcze wyraźnie słowa stryja jego, Abrama: