Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Na prowincyi vol 1.djvu/175

Ta strona została uwierzytelniona.

Wincunia patrzyła przez okno i nie słyszała, czy udała, że nie słyszy zapytania. Pani Niemeńska odrzekła za nią:
— To pan Snopiński przysłał dziś dla Wincuni; ale wystaw pan sobie, posłaniec mówił, że ten koszyczek jest własnéj roboty pana Alexandra.
Bolesław uśmiechnął się. W uśmiechu tym nie było ani podejrzenia, ani zazdrości. Sam prawy i prostych obyczajów, nie przypuszczał snać w nikim wstecznych myśli i podstępnych zamiarów, a uważał za bardzo naturalne, że każdy, kto poznał jego narzeczoną, lubił ją i przysłużyć się jéj pragnął. On sam gotów był oddać życie w jéj obronie i dla jéj dobra najcięższą spełnić pracę, jakżeby więc mógł się dziwić, że któś ofiarował jéj kwiaty?
— Jaki to jednak zdolny chłopak z tego Snopińskiego — rzekł, oglądając arcydzieło koszykarskiéj sztuki; — wrodzony spryt i pojętność malują się na jego twarzy, a i do mechanicznych robót wyraźne ma zdolności. Szkoda, że to wszystko marnuje się w próżniaczém i bezcelowém życiu!
Wincunia nie słyszała ostatnich słów narzeczonego, bo gdy tylko zaczął mówić o Alexandrze, prędko wyszła z pokoju; ale pani Niemeńska zaczęła bronić pięknego, światowego, jak mówiła, młodzieńca z takim zapałem, że aż Bolesław zaśmiał się i rzekł:
— Uważam, że pan Alexander zyskał sobie wielką łaskę u pani.