Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Na prowincyi vol 1.djvu/182

Ta strona została uwierzytelniona.

wało się, że bladość, która pokrywała tak świeże niedawno lice jego narzeczonéj, boleśnie raziła mu oczy, bo zachodziły one niekiedy mgłą wilgotną; często, po powrocie z Niemenki, całemi godzinami chodził po pokoju i mówił do siebie:
— Co jéj jest! co jéj jest! czy chora? czy jéj czego braknie!
Ani razu nie zapytał siebie:
— Może ona mię nie kocha?
Myśl ta daleką była od niego. Jak groźne widmo stała ona ukryta w kątku jego ustroni, ale dotknąć go nie śmiała jeszcze, powstrzymywana głęboką wiarą, jaką długie lata spędzone z Wincunią wyrobiły w jego sercu.
On siebie i ją uważał za cóś tak nierozłącznego, za cóś tak ściśle spojonego mocą przyzwyczajeń, ofiar, wspomnień i nadziei, że nie postało mu w myśli, aby ktoś trzeci, ktoś obcy mógł stanąć między nimi i rozłączyć ich serca. Mógłże ktokolwiek ukochać ją tak, jak on ją ukochał? Mógłże ktokolwiek otoczyć ją tak ojcowską, troskliwą, energiczną opieką, jaką on ją przez lat tyle otaczał? Czyliż nie on otworzył na świat oczy jéj ducha? czyliż nie on skąpał jéj piękne czoło w światłości wiedzy? Kapłan ją ochrzcił potokiem poświęconéj wody, a on zdrojem oświaty; on ją jak kwiat wypielęgnował, wypieścił, ciepłem i światłem otoczył, i wzrastającą, rozkwitającą, pijącą poezyą życia, widział obok siebie. Ona