Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Na prowincyi vol 1.djvu/283

Ta strona została uwierzytelniona.

Milczenie trwało kilka sekund; Bolesław opuścił rękę, broń trzymającą.
— Ale własném życiem mam prawo rozrządzić — ozwał się i silnie zacisnął palce około rękojeści pistoletu.
— Jest-żeś pewny, że nic już użytecznego nie zdziałasz na świecie? Możesz-że przewidziéć, że ta kobieta, przez którą cierpisz, nigdy już téj przyjaznéj ręki potrzebować nie będzie? Czy zadanie życia kończy się tam, gdzie kończy się szczęście? — pytał pan Andrzéj.
Bolesław spuścił oczy pod surowém jego wejrzeniem.
— Czy zadanie życia kończy się tam, gdzie się kończy szczęście? — powtórzył i przesunął rękę po czole, jakby chcąc zebrać rozpierzchłe myśli.
— Rzuć to! — ozwał się raz jeszcze pan Andrzéj, wskazując pistolet.
Była chwila milczenia, a potém dał się słyszéć stuk wypadającéj z ręki Bolesława broni.
Pan Andrzéj wyciągnął do niego dłoń otwartą, Bolesław przyjął ją, uścisnął i w milczeniu upadł na najbliżéj stojące krzesło.
— Wiem o wszystkiém, co cię spotkało — rzekł pan Andrzéj — przyjechałem dziś do Adampola i opowiedziano mi o tém, co zaszło w czasie méj nieobecności. Wiedziałem, że będziesz cierpiał i przybyłem, aby pomódz ci nieść ciężar boleści.