Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Banita Tom III.djvu/013

Ta strona została uwierzytelniona.

Z tej przepowiedni tyle tylko, że się naśmiał Samuel, chociaż umierającego pocieszać się tem starał, że w istocie do Włoch pociągnie. Kamieniecki już w myśli jego czytał... zaklinał go znowu, słowo wymódz chciał, losem dzieci go pragnął zmiękczyć i nic nie potrafił.
Pożegnawszy umierającego przyjaciela, tegoż dnia ruszył ze Lwowa Samuel i nocował o dwie mile od Jaworowa, gdzie go zaskoczyła ciemność.
Następnego dnia przyjechał do Jaworowa, gdzie trafił do pana Kostki na wesele, czy też przenosiny, na których obywatelstwa, szlachty, zebrało się bardzo wiele. Nie zważając na to, iż go tam widzieć będą, a potem powtarzać o tej podróży i o nim, jakby naumyślnie, zawsze dla nadania jej rozgłosu pojechał nieproszony.
Wdzięcznie czy nie, ale go przyjęto, bo właśnie za stół siadać miano, i dostało mu się miejsce obok podkomorzego Stanisławskiego.
Sąsiad na niego z podziwieniem spoglądał, jakby się zdumiewał, że go tak swobodnie obracającym się widzi, co już p. Samuela butę po drażniło[1].
Poczęli z sobą mówić, ale ciągle jakby z panewek im spalało.

— Cóż tam, miłościwy panie Zborowski — odezwał się Stanisławski — nie myślisz może i do Przemyśla zajechać. Czy waszmość nie czujesz i nie wiesz, co się dokoła niego dzieje?

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – podrażniło.