Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Oddział II Tom I.djvu/189

Ta strona została uwierzytelniona.

— A! wej kulfony, zawołali żydzi, to najlepsze nowe dukaty. — Ale napróżno gadali, musieli dobyć lepszych. Dopiéro się Jow udobruchał.
— Prowadź że nas — prowadź, noc ciemna.
— Co wy wiécie kiedy prowadzić? śmiejąc się Jow odpowiedział. Nad rankiem choć nie tak ciemno, ale straż śpi najlepiéj i bezpieczniéj. Odpocznijcie wy tymczasem.
Musieli się żydzi zgodzić na to, radzi nie radzi. Jow tymczasem, wódką ich, dla dodania serca poczęstował, jajami nakarmił, a sam wziąwszy czapkę wyszedł z chaty.
Żydzi pokładli się spać na ziemi.
Gdy ich skrzyp otwiérających się drzwi przebudził, krzyknęli z przestrachu i porwali się na nogi. Przed niémi stał Jow, ale nie sam, ze strażnikiem granicznym, który fajkę zapalał.
— Gdzie te żydy? spytał strażnik.
W żydach duchu nie stało.