Strona:PL JI Kraszewski Kopciuszek.djvu/401

Ta strona została uwierzytelniona.
101

Nie wierzycie, dodał Pułkownik wodząc oczyma uśmiechniętemi po słuchaczach, którzy okazywali nieco niewiary, — w istocie z waszemi końmi i sercami dzisiejszemi byłoby to niepodobieństwem, więc mówmy o czem inném.
Justyn drgał stojąc na miejscu, tak już wytrzymać nie mógł.
— Pułkowniku, — rzekł, — za moich dobrych czasów, ja miałem także takiego konia, że ścisnąwszy go kolanami przeskakiwałem z łatwością przez świętokrzyski kościół, ale razem się tylko nogą o jedną z wież zaczepił, i od téj pory cierpię na nagniotki.
Soroka ani mrugnął.
Ale w téj chwili podano zupę i biesiadnicy wesoło zaczęli zabierać swe miejsca za stołem.
Baron, który był nadzwyczaj ścisłym obserwatorem przyzwoitości i miał wielkie pretensje do dobrego tonu, szepnął na ucho sąsiadowi, że Pułkownik i Justyn byli wcale nie ciekawie wychowani ludzie — ubolewa-