Strona:PL JI Kraszewski Kopciuszek.djvu/434

Ta strona została uwierzytelniona.
134

— Samotności? — powtórzyła Elwira, starając się niedostatek słów zastąpić wymową oczów, które rzeczywiście płonęły i iskrzyły się nie czyniąc widocznego wrażenia.
— Ja bardzo lubię samotność, — rzekł nieznajomy.
— Lecz są przecie towarzystwa, mniejsze kółka, spokojne, ciche, w których człowiek odetchnąć może, — odezwała się pani Narębska a nic niebezpieczniejszego dla człowieka, młodego w dodatku, nad zakopanie się w głuchéj ciszy i osamotnieniu.
— To zależy od charakteru, — rzekł zimno nieznajomy, — są ludzie na których źle działa towarzystwo i inni, którym szkodzi samotność.
Szli tak daléj ustronną uliczką, bardzo powoli gdyż i matka i Elwira śmiertelnie się obawiały by im jeniec więzy potargawszy nie prysnął. Młodzieniec wlókł się za niemi, ale raczéj z musu niż ochoty, ociągał się, przyzostawał, oglądał bojaźliwie na około, jak gdyby go strach jakiś opanowywał, widocznie miał zamiar dezerterowania. Ale od kobiety,