Strona:PL JI Kraszewski Kopciuszek.djvu/62

Ta strona została uwierzytelniona.
54

kojami przeszłości. I dziwno było wśród tego bladego marmuru spostrzedz dwa małe rumieńce plamiste, krwawe znamiona, które już nigdy nie schodziły. Były to zastygłe na wieki i zmienione w stygmata nie starte, płomienie, które na tę twarz wracały tak często, że na niéj wreszcie zostały na zawsze.
A wyraz modlącéj się nie był przyjęty i zatopiony ale roztargniony i chłodny; znać modlitwa była dla niéj formą, lekarstwem, środkiem, w którym szukała pociechy i upojenia, ale ich jeszcze znaleźć nie mogła. Mówiły usta, serce i myśl odbiegały daleko i chwilami wargi ustawały, oczy wlepiała w mur, milkła, klęczała zadumana, aż szelest jaki znowu ją z podwojonym pośpiechem i gorączką do książki i przerwanych pacierzy powrócił.
I dłonią białą przeciągała po czole spędzając z niego wspomnienia przeszłości, i sadze stare może, i to co zetrzeć się nie daje z czoła, póki nie zmaże się z serca. Cóż kiedy żadna łza nie przyszła na powieki, a ona jedna zmywa te plamy stare bez powrotu.