Strona:PL JI Kraszewski Kopciuszek.djvu/664

Ta strona została uwierzytelniona.
104

się, by dać szczęście i kochać, by wszystko zwyciężyć, ja się sam siebie lękam!
— Uczciwe to są słowa, — odparł Narębski, którym także powoli zaczynało owładywać uczucie, — ale posłuchajże ludzi, jeśli sam nie jesteś pewny drogi. Na mojéj skroni włos już siwieje, jam przebył wiele i przebolał po cichu, przyszedłem już do tego zdrętwienia, w którem się nic nie czuje, ale na cudze cierpienie jam jeszcze lekarz doświadczony. Wierzaj mi! Teosiu, nie ma straszniejszą goryczą zaprawnego życia, nad życie osamotnione, chłodne i pozbawione przywiązania, w ktorém człowiek zamiera chłodem, jak podróżni na górach usypiając powoli.
Lepsze ubóstwo, lepsza nędza i głód najsroższy ból, od tego drugiego żywota, istoty ze społeczeństwa wydzielonéj, lub związanéj z niem nienawiścią, niechęcią, ranami tylko serca. Dla tego sierocie mojéj raczéj ubóstwo z tobą daćbym chciał, niż bogactwo z tym, który dla niéj nigdy serca nie otworzy, aby jego pustek nie pokazać. Wierz mi,