Strona:PL JI Kraszewski Metamorfozy.djvu/112

Ta strona została skorygowana.

tacji z panną Różą, a wiedział znowu, że z ojcem jej i matką wcale nie można było żartować.
Ta kwatera szewiecka i warsztat p. Piłsucia ożywiały niepospolicie uliczkę. Naprzód miło było zobaczyć twarzyczkę świeżą i figlarne oczki panny Róży, posłyszeć jej piosenkę a czasom srebrny śmieszek z za wazoników jej pokoiku; potom chłopcy w terminie u szewca były to frygi nieustannie burczące po bruku i zawodzące coś pochwyconego z szejnekaterynki, a sam pan Piłsuć ze swą powagą majstra, mieszczanina, starszego cechowego, głowy domu i ojca tak wysoce utalentowanej córki, zabawny też był niezmiernie. Męczennik ten chwilę jakąś szału i zapomnienia okupywał wojną trzydziestoletnią ze swą ukochaną połowicą, nieustannie domagającą się wyjścia po za szranki życia rzemieślniczego... nikomu jak jej nie śmierdziała skóra i dratwa. Cóż jej pomogło, że miała salonik z fortepianem w kącie, z doniczkami, z obrazami i poduszkami haftowanomi ręką córki na kanapie, kiedy wnijścia do niego nie było innego jak przez warsztat pana Piłsucia.
Kilkakroć próbowała temu zaradzić pani Piłsucina, ale zawsze zostawała alternatywa albo wchodzenia do salonu przez warsztat, albo do warsztatu przez salon, a stary jakkolwiek dawał sobą powodować żonie, na zmianę mieszkania, które by go klienteli pozbawić mogło, zgodzić się nie chciał w żaden sposób.
Były projekta przekształcenia całkiem sklepiku na magazyn obówia z napisem francuzkim, na ulicy Wielkiej, niedaleko Fiorentiniego i Opitza, ale stary głową kiwał i statecznie się opierał niebezpiecznej dla kieszeni reformie.


W rogu uliczki był i piekarz, który wszystkich jej mieszkańców miał na swym regestrze, a choć akademikom wyżej trzech rubli niechętnie dawał kredyt, czasem jednak pod pozorom niedostatku drobnej monety, udawało się wziąć u niego bez pieniędzy i na