Strona:PL JI Kraszewski Metamorfozy.djvu/155

Ta strona została skorygowana.

lazł, i Longina ostrożnie ładującego zaraz kieszenie, aby go drudzy nie objedli — rzucili się na te łakocie z wesołością dziecinną.
— Teofil jest najpoczciwszym z ludzi, rzekł Longin, wotuję mu wieniec obywatelski. Gdzież tak swobodnie i wygodnie nam jak u niego?... gdzie lepsza herbata i kasztany?... zobaczycie że za admonicją którą dostał, gotów jeszcze posłać po kotlety z klasyczną cytrynką...
Cymbuś syknął i w głowę się poskrobał.
— To nic kotlety jeszcze, rzekł, ale na tyle osób gdzie talerze i grabki?
— Potrzeba jest matką wynalazków, Cymbusiu kochanie powinieneś już o tem wiedzieć, gdy słomą dziury w bótach zatykasz, rzekł Longin — ja naturalnie będę jadł na talerzu i najlepszym widelcem, Baltazar także, a lud poczciwy i skromni proletarjusze... palcami, rękami, łyżeczkami, na papierze, na miseczkach od filiżanek... Główną rzeczą jest jeść, akcessorja małej wagi.
— A sos? spytał Cymbuś naiwnie jak zawsze.
— Sos... wiedz o tem, jest zawsze na świecie tylko dla uprzywilejowanych.
Spojrzał mu w oczy Cymbuś, nie zrozumiał nieborak, ale tak był przekonany, że potężny Longin musiał coś bardzo rozumnego powiedzieć, że się na wiarę rozśmiał i rękawem wstydliwie przykrył twarz rozweseloną.


— Więc dalej panowie! zawołał Baltazar, no, jużciż i Milczek Serapion coś nam dziś powiedzieć powinien, nie prawdaż?
— Ja!!! — krzyknął przestraszony.
— A! powie, powie! krzyknęli wszyscy, już się nie wykręcisz, musisz! musisz! milczałeś tyle żeś nam winien nareszcie coś przecie. Jesteś jak ów co zawsze je cudzym kosztem, a sam nakarmić nie chce.
— Albin co mnie dobrze zna, mógłby wam zaświadczyć, że nic nie roję, żądania moje skromne, a przyjmę z pokorą co Bóg dać raczy.