Strona:PL JI Kraszewski Metamorfozy.djvu/27

Ta strona została skorygowana.

drodze z ust Albina lał się potok wyrazów, których on słuchał z obawą, aby się nie upić niemi; tyle w nich było szału, tyle młodości i szczęścia. Jemu ani oszaleć, ani upojeniu uledz nie było wolno, musiał zimny, zamknięty w sobie przechodzić miasto gwarne, nie zdziwić się niczemu, nie dać oczarować i odurzyć: na każdą chwilę potrzebna mu była przytomność i siła nad sobą.
Cóż dopiero gdy wpadł w to grono zachwyconych, rozmarzonych, pierwszy raz wolnych chłopaków, którzy go chcieli ciągnąć za sobą na wszystkie próby, w których swą młodość kąpali. — Jemu nic skosztować nie było wolno, ani tych uciech, ani swawoli i pustoty, ani zawcześnie się napić z kielicha życia, bo mógłby upaść gdyby mu zawróciła się głowa i nogi zadrżały.
Podał im ręce ze łzą w oku, i znowu jął się cichej, surowej pracy — dla niego nie było młodości może dla tego, że całe życie młodem mu być miało. I tak szedł dalej, biedne dziecko sierota ku nieznanej przyszłości, którą musiał zdobywać powoli, mówiąc w swem sercu jedne i wciąż powtarzając słowa... — Człowiekiem być muszę!


Albin, którego przezwano Fiołkiem, co pierwszy uściskiem powitał Serapiona, a na jednej wprzód siedział z nim ławie szkolnej, cale był inną istotą. Jeden jest człowiek, ale jak dziwnie różny, jak odmienny od siebie, i z jak rozmaitych nieskończenie żywiołów zbudowana ta mozajkowa społeczność, w której każdy z nas jest innej barwy i odcienia kamykiem!
Ten drugi urodził się w dzień wiosenny, na miękkich szczęścia poduszkach, kołysała go śpiewając matka wesoła, dzieciństwo prześnił w kolebce z wonnego drzewa, na kwiatkach, a gdy świat poznawać począł, wszystko mu się uśmiechało...
Albin był delikatny i niewieściej piękności twarzy, wielkie niebieskie oko drżało w powiece wypukłej patrzając w świat z za mglistej osłony łez, które nigdy