Strona:PL JI Kraszewski Metamorfozy.djvu/310

Ta strona została skorygowana.

skamienieli.
Jeden stwardział grając na piszczałce, drugi nad jadłem, trzeci u kolan jakiejś kobiety, czwarty we śnie leniwym; każdy w tem do czego miał jakąś słabość, i aż śmiech i litość brały patrzeć co tam ich było w różnych postawach, niby żywych a w istocie życia dla nałogu pozbawionych. Minąwszy to niebezpieczne miejsce, gdy dalej iść mieli, oznajmił im lis wlokący się z tyłu w nadziei ochłapów, że jeśliby chcieli na popas z drogi zjechać ćwierć milki, przyjemną by spędzili chwilę we dworze króla Słoty, wielkiego i potężnego mocarza, który w sąsiedztwie kawał pustyni i słone morze posiadał. A choć to miał być mimo rozległego państwa ubogi człowiek, jednak pan z panów, i liczył sobie trzysta sześćdziesiąt pokoleń w prostej linii, które z tego morza do pekeflejszów czerpały ropę.
Jakkolwiek nie miło było zjeżdżać z drogi królewiczowi, jednak gdy orszak mocno się zdawał zmęczony, lis ich poprowadził ścieżką w góry i wkrótce ukazało się zamczysko na wysokości, z którego tylko jedna wieża sterczała, a mury były porujnowane bardzo, i w około smutno i goło, ale majestatycznie i poważnie.
Na polu ani śladu posiewów, w ogrodzie sam pan o kiju się przechadzał i wróble opędzał z wiśni dojrzewających, z których owocu sokiem spodziewał się ochłodzić. Z wielką gościnnością otwarły się przed niemi bramy, ale jedna o mało nie ubiła Liziłapy, bo zawiasa pękła i w łeb dostał lisztwą. Dowiedziawszy się przez marszałka dworu o procedencji gościa i herbach jego, a znając dobrze rodzinę Gwoździków, z którą był spokrewniony król Słota, przyjął wędrującego młodziana uprzejmie. Gdy przyszło jednak do obiadu, znalazł się tylko w śpiżarni kawałeczek starej słoniny, chleba spleśniałego bochenek i kubek piwa dla dworu... tak nieborak ów Słota podupadł i zubożał. Ale czas obiadowy spędzili z nim wesoło, słuchając opowiadań o prastarych czasach, gdy jeszcze praojcowie Słotów koczowali u wrót raju, ze swemi trzodami owiec złotorunych i wielbłądów.