Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Lato leśnych ludzi.djvu/195

Ta strona została przepisana.

Płomień jął się suchego igliwia i mchu, zaczął biegać — jako jego obyczaj był, spiesznie, łapczywie — wydzierać się ku górze, klaskając, pogwizdując, zbierając moc do wybuchu.
A oto do tonów skrzypiec dołączyły się głosy ludzkie — kobiecy, wysoki, górujący — i stare, jak owe bory, nawoływanie odwiecznej piaśni: „Łado, Łado — o Kupało“.
Stos zapłonął — strzelił ogień ze szczytu — zabarwił purpurą i złotem niebo, oświetlił jaskrawo całe wzgórze.
— Zuch, Coto! — zawołał Pantera. — Północ! Znajdziesz, rekrucie, kwiat paproci.
Ostąpili wszyscy ogień, kończyli obrzędową pieśń, a potem Rosomak rzekł:
— Może przed wiekami — to jedno wzgórze sterczało nad masą wód jakiegoś wewnętrznego morza, i ludzie, mieszkający nad wodą, krzemieniem uzbrojeni — w skóry i łyka odziani — w tęż noc — aryjską pieśń do słońca już śpiewali.
— Tu są na szczycie wzgórza odwieczne lisie nory — rzekł Żuraw. — W wygrzebanym piachu znalazłem raz parę krzemiennych grotów.
— Hej, co w tej ziemi nie leży. Ludzkich kości i skarbów! — rzekł Odrowąż.
— Bośmy się położyli jako stróże na szlaku łupieżców, rabusiów i barbarzyńskiej dziczy, albo jak tama chroniąca ląd od zalewu. Przez wieki ileż razy na tej może samej górze płonęły nietylko kupalne ognie — a znaki płomienne czujności, trwogi — wołania: