Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Straszny dziadunio.djvu/052

Ta strona została uwierzytelniona.

to był pod jego dłonią, z którego tworzyć mógł, co chciał.
Rok minął, nadchodziły wakacye. Jakim sposobem Hieronim, pomimo ciężkich egzaminów, do których przygotowywał siebie i dwunastu co najmniej kolegów, potrafił wykończyć model pompy na konkurs, tegoby on sam nie umiał wytłómaczyć.
Pewnego dnia Żabba wrócił sam na obiad, rozpromieniony, choć wyglądał, jak odkopany z grobu nieboszczyk.
— Zdaliśmy, ciociu! — odetchnął, siadając do stołu.
— Chwała Bogu! A gdzie pan Hieronim?
— Poszedł wywiedzieć się o rezultacie konkursu.
— Ach, to się spóźni, obiad wystygnie! Broniu, zanieś jego część do kuchni! Jedz, chłopcze, od tygodnia darmo mi płacicie, jedzenie nietknięte zostaje!
— Och, żeby ciocia wiedziała, jak to ciężko!
Litwin westchnął, przesunął ręką po czole, na którem mozolna praca wyorała się kilku głębokiemi bruzdami. Wspomnienie odbierało mu apetyt.
— Nie myśl o tem, Józiu, nie myśl! Jeszcze rok — pocieszała go — posil się! Odpoczniesz przez wakacye. Nabierzesz sił.
— Zabierają nas znów na praktykę! Nie wiem, co myśli Rucio!
— Panie! — zaszczebiotała Bronka, skubiąc go za rękaw — czy on zaraz przyjdzie?
— Zaraz, dziecko! Przyniesie ci książeczkę, mówił.
— Jej nie książka w głowie! — wmieszała się Pani Dulska. — Głodna, a tak ją rozpieścił, że bez niego do stołu nie siądzie!
Dziecko zniosło w milczeniu naganę. Siadło na brzeżku krzesła, wzięło kawałek chleba i zaczęło zeń wygniatać gałeczkę. Po chwili podniosła ciemną