Strona:PL Robert Louis Stevenson - Wyspa Skarbów.djvu/069

Ta strona została uwierzytelniona.

— Ma pan rację! — rzekł doktór. — Co to znaczy być podróżnikiem! Trafnieś pan odgadł! A widzi pan, jak sumy rosną, im więcej kolumn mają cyfry!
Ponadto nie było już nic ważnego w całym zeszycie, conajwyżej na czystych stronicach przy końcu znajdowało się kilka wzmianek o różnych miejscowościach, tudzież tabela zamiany pieniędzy francuskich, angielskich i hiszpańskich na walutę obiegową.
— A to ci kutwa! — zawołał doktór. — Takiego to niełatwo w pole wywieść!
— Teraz zabierzemy się do drugiego dokumentu! — rzekł dziedzic.
Papier był w kilku miejscach zapieczętowany, a zamiast pieczątki użyto naparstka; może był to ten sam naparstek, który znalazłem w kieszeni kapitana. Doktór z wielką ostrożnością przełamał pieczęcie, a ze środka złożonej ćwiartki wypadła mapa jakiejś wyspy, z podaniem długości i szerokości geograficznej, mielizn i głębi, nazw wzgórz, zatok i przystani, słowem ze wszystkiemi szczegółami potrzebnemi do bezpiecznego wylądowania na jej brzegach. Wyspa ta miała około dziewięciu mil wzdłuż i pięć wszerz, a kształt jej, rzec można, przypominał opasłego smoka w postawie stojącej; były tam dwie przystanie bardzo dogodne, bo zamknięte dokoła, a pagórek w samym środku nosił nazwę „Lunety“. Było jeszcze kilka dopisków z daty późniejszej, lecz przedewszystkiem były tam trzy krzyżyki nakreślone czerwonym atramentem — dwa w północnej części wyspy, a jeden na południu, koło nich zaś tym samym czerwonym atramentem i drobnem pięknem pismem, wielce odmiennem od koślawych kulfonów kapitana, wypisano słowa następujące: „Tu wyładowano skarb“.