Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Nienasycenie II.djvu/116

Ta strona została skorygowana.

najwstrętniejszemi, bo płciowemi, miękkiemi szponami i mackami i nie popuszczało w świat doskonałości: idealnego bytu pojęć i śmierci. Właściwie jedyną rzeczą do zrobienia była śmierć. Ale ciekawość tak paląca i piekąca (trzech–metrowa rozdziawiona gęba, wydająca szept, niosący na kilometry całe: „Co będzie? Co będzie?“) jak najbardziej nienasycona żądza, zasłoniła wszystko inne. Czuł „wypełnianie się losów“ w samych podziemiach Istnienia. „Czy to nie jest głupie, żeby z z tego erotyzmu takie wielki rzeczy robić?“ — mówił w nim jakiś głos niby–to–starszego–pana. „Czemu–to rozdwojenie procesu dzielenia się komórek ma być czemś tak strasznem i ważnem i nietylko i nie tylko w wymiarach samego problemu zachowania gatunku, tylko zupełnie jakby poza tem. Problem osobowości: oszukanie absolutnej samotności indywiduum we wszechświecie, tak samo jak zlanie się indywiduów w społeczeństwie“. Wytoczyły się myśli gołe, wypięte i nieprzyzwoite, w bezmiar niewiadomości męczącej, suchej, a wstydliwej. Zrobiło im się zimno i pochowały się. Przypomniał sobie Zypcio, że księżną miała być w loży Nr. 4 (koniecznie). Spytał z góry Sturfana Abnola gdzie to niby jest ten ich czwarty numer i spojrzał we wskazanym kierunku, jakoś dziwnie dumnie (szukając jej właśnie, po tylko co odbytem zmarmeladowaniu przez tamtą). Ujrzał kupę piór zbukieciałych (ta moda wróciła) między ceglastemi i malinowmi (nowość) frakami „panów“ — tych prawdziwych, to znaczy, bezecnie głupich, napuszonych mniemaniem o sobie, niedobrze wytresowanych, wyfraczonych bydląt. Był tam też Cylindrjon Piętalski, na czysto ogolony, w olbrzymich okularach o ciemnej oprawie. Ta twarz wżarła się w centr wzrokowy Genezypa jako symbol (niewiadomo czemu w tej chwili?) najstraszniejszej straszności. Dreszcz zgrozy i wstrętu, połączonych z zachwytem „osobawo obrazcà“, kiedy tamten ptasi profil odwrócił się zniewolony jego wzrokiem