Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Nienasycenie II.djvu/139

Ta strona została skorygowana.

zaraz potem zdławiła tę harmonję brutalniejąca łapa alkoholu. Zalewany wódą drab ze dna, wstał, budząc się ze snu i krwawemi oczami rozglądnął się po sali. Życie szalało, tonąc w ponurej bezmyślności. Jeszcze chwilka, jeszcze chwilka, a potem niech choć 15 lat ciężkich robót. Płazie oko plugawej finansowej kombinacji zdawało się mrugać chytrze całą salą w gwiaździstą po burzy noc. Pochłaniała nowe ofiary w swych brudnych objęciach zbiorowa świnia interesu, nowa obok–społeczna nad–osobowość, nie bacząc na cierpienia indywidualne swych elementów. Jej było dobrze — pasła się w kotłowisku brudów, żrąc plugawie drogie potrawy, zmieszane z drogiemi materjałami, kamieniami i rozkoszą. Miękkie, chwytające za niezróżniczkowany kłąb najwyższej nieuświadomionej metafizyki i najbydlęciejszej żądzy użycia, tony skrzypiec, włóczyły brudnemi, cierpiącemi flakami po wypolerowanej posadzce pełnej zawrotnych esów–floresów wyuzdanych lśniących łydek i pantofelków i wstrętnych męskich najelegantszych buciorów i portasów. Świnia żarła. Tak było wtedy w „przedmurzu“, ale już tylko w pewnych najlepszej marki lokalach. Na Zachodzie nie było już tego wcale. O ile tam narodowość i religja zużytkowane zostały kiedyś jako kompromisowe tymczasowe motorki dla rozpędzenia maszyny faszystowskiej, z całą świadomością heurystyczności tych zamierających istności, o tyle tu, w „przedmurzu“ były one tylko maską przedśmiertnego zażerania się Wielkiej Świni — pod ich pokrywką mogła jeszcze użyć w ostatnich drgawkach sprośnej agonji, zdechnąć z niedogryzionym ochłapem sterczącym z ryja. Używanie życia to dobra rzecz, ale jeszcze zależy od tego kto i jak. Jeszcze w tej epoce mogło to być nawet czemś twórczem — (u pewnych wyjątkowych osobników oczywiście) — ale były to ostatki. Brr, hrrr — dosyć, dosyć! Zdawało się że niema siły, któraby to życie z marazmu wyciągnąć mogła. Zdawało się, że o tych