Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Nienasycenie II.djvu/306

Ta strona została skorygowana.

przed jutrzejszym wyjazdem, detantował się, entszpanował się, rozwalniał się — jak mówił sam. Umiał stwarzać te programowe, beztroskie wypoczynki wśród największego nawet nawału pracy. Nie robił nic: rozmawiał z żoną, a nawet ją rżnął chwilami, bawił się z córeczką i rudym kotkiem „Pumą“ i wałęsał się poprostu z kąta w kąt. Nasycał się nastrojem rodziny i domu — może już poraz–ostatni w życiu. To nie uponurzało bynajmniej elementów tego nastroju. Więcej tylko można było się tem nasycić w tym stanie. Najwyższa sztuka używania życia. To się wyrobić nie da — trzeba mieć już taki charakter. O wpół do szóstej siedzieli sobie z Zypciem w domowym gabinecie i pili kawę. Na łaskawe zapytanie opowiedział Genezyp całe swoje życie, różne detale o ojcu, przebieg służby i bitwy, a nawet ogólnikowo zdał sprawę z romansu z księżną. Kiedy przyszedł moment poznania się z Persy, dziwnie wpatrzył się w swego adjutanta kwatermistrz. Ale skatatonizowany adjutant wytrzymał dzielnie to spojrzenie — „un aide de camp catatonisé — quel luxe“ — jak mówił potem de Troufières.
Przyszedł telefon — że to, a to i tamto a tamto — ze słów generała domyślił się Genezyp, że chodzi o śmierć Elizy. Wstał, stanął na baczność i gdy Kocmołuchowicz odłożył słuchawkę i zwrócił na niego swoje cudowne, bezdenne oczy z pewnem zdziwieniem, wyrecytował wszystko jak raport:
— Zadusiłem ją, bo zanadto ją kochałem. Może to obłęd, ale tak jest. Chcę służyć tylko armji. Toby mi przeszkadzało. Proszę o łaskę. Odpokutuję wszystko na froncie. Tego jednego niech mi pan generał nie odmawia — ukarany mogę być przecie potem. — Zamarł wpatrując się psiemi oczami we wspaniałą twarz Wodza. Kocmołuchowicz patrzył i patrzył bez końca — patrzył i zazdrościł. Zypcio stał bez drgnienia. „Ależ to tęgi warjat — wysoka marka“ — pomy-