Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Nienasycenie II.djvu/66

Ta strona została skorygowana.

oczywiście mógłbyś wślizgnąć się w rzeczy daleko ważniejsze... —
Z najniższych nizin, z moczarów, z tyłów ohydnych bud i śmietników, ale własnych, odpowiedział Zypcio: (rzeczywistość jak na niego wspaniała, ale wstrętna i zgnicie w małym loszku na brudnej słomie — dwa obrazy tańczyły w jego umęczonym mózgu, nie mogąc się przemóc. Załatwiła to mowa, niezależna jakby od osobowości. To pewno tamten trzeci, warjat, mówił w imieniu szlachetnego chłopczyka, sam szlachetnym wcale nie będąc — miał tylko wolę, „den Willen zum Wahnsinn“.)
— Przedewszystkiem na wszystko to nie będzie już czasu — czy wy sobie wyobrażacie, że chińczycy będą czekać zanim wy załatwicie wasze wszystkie brudne rachunki w imię waszych bezpłodnych, utuczonych brzuchów? Śmieszne złudzenia!
— A fe! Co za bolszewik! Opamiętaj się. Nie bądź ordynarny jak agitator jakiś.
—Mówiłem już, że szpiegiem nie będę — warknął — i to w imię żadnej ideji, nawet absolutnie najwyższej.
— Nawet szpiegostwo dla celów wyższych jest czemś wzniosłem. A tu przecież... Nawet dla mojej przyjaźni? —
— Pluję na taką przyjaźń! Czy pani miłość poprzednia do mnie i demoniczne sztuczki były również wynikiem jakiejś, czy tej samej politycznej kombinacji? O, jakże upadłem strasznie... — znowu ukrył twarz w dłoniach. Patrzyła na niego jednocześnie z czułością matki i drapieżnością kota o włos od pochwycenia zdobyczy. Wypuczyła się cała, sprężyła ku niemu, ale dotknąć go jeszcze nie śmiała. Mogło to być przedwczesne, a jeśli nie w tej chwili, to nigdy już. Genezyp czuł się jak mucha w lepie — o wyciągnięciu połamanych nóg mowy być nie mogło, a skrzydła brzęczały rozpaczliwie w powietrzu, dając złudzenie swobody. Malał aż do