Strona:PL Stanisław Ignacy Witkiewicz-Pożegnanie jesieni.djvu/111

Ta strona została uwierzytelniona.

gramów działań częściowych, w okresie definitywnego wyrzeczenia się artystycznych zamiarów. Nie — było to coś nowego i nieznanego: rachunek sumienia w związku z obojętnem dotąd (i obecnie — więc co u djabła?) społeczeństwem. Samo słowo: „społeczność“, budziło wstręt niejasny, a jednak, a jednak... Przypominały mu się słowa ojca, marzyciela o „ogólnem dobrze“, który sam żyjąc w zupełnie przeciętny sposób, pół zły — pół dobry, zarzucał mu obojętność co do spraw społecznych jeszcze ośmnaście lat temu — to znaczy kiedy Atanazy miał zaledwie lat 10.
— Wy wszyscy — mówił stary Bazakbal o nim i jego kolegach szkolnych — żyjecie w zupełnej pustce. Obcinacie sobie całe olbrzymie obszary duszy, nie żyjąc w związku z wielkiemi zagadnieniami narodowemi i społecznemi. — Ale jak to zrobić, aby w związku z niemi żyć, nie mówił stary nic, a Atanazy nie przypierał go do muru pytaniami, bo kwestje te nudziły go wtedy bardzo. Teraz, ni stąd ni zowąd, po tylu latach, kiedy wszystko pozornie było załatwione w postaci jakiegoś pseudo-arystokratycznego, pesymistycznego, a społecznego światopoglądu, w którym problem mechanizacji ludzkości, upadku sztuki i filozofji i wymarcia religji, zdawał się być pozytywnie rozstrzygniętym w sposób transcendentalnie prawdziwy t. j. jedynie możliwy — nagle pękła powłoka, ukazując niedomyślane do końca koncepcje i to z nienawistnego dotąd, historycznego punktu widzenia. Zakrzepły świat abstrakcyjnych idei odpływał w dal na falach marmelady ulegających ewolucji nowych pojęć. Wszystko się chwiało. Mimo woli i wiedzy zwyciężała względność, pluralizm — jednem słowem intelektualne świństwo i tandeta, godna niedorobionych umysłowo „niedonosków“, ale nie możliwych, przynajmniej z temperamentu, absolutystów.
Tymczasem między narzeczonymi doszło wreszcie