Strona:PL Stefan Żeromski - Duma o hetmanie.djvu/128

Ta strona została uwierzytelniona.

Moskwę w drogę swą jechał, zabiegał mu lud czarny drogę, — który latami od wojny tyle wycierpiał, a pod hetmańską buławą ciszy zaznał, — «mirem» go, w pas kłaniając się, żegnał a krzyżem błogosławił. Prosili go mężowie rady, ażeby nie odchodził z miasta i ażeby cugle siły a prawa w dłoni trzymał.
Teraz za miastem daleko rozbili namiot w polu i wielka ciżba ostatniem go żegna słowem.
W złotogłowych dołomach, w czerwonych z aksamitu kopieniakach, szubami sobolemi podbitych, stoją tłumem bojarowie, okolniczy, dworzanie. Na głowach mają szłyki białe, rysie, a przez każdy szłyk dwa łańcuchy, — na nogach buty białe. We dwa szeregi stanęli u wejścia namiotu. Cudne za nimi konie pod kapy złotolitemi i pod siodłem szkarłatnem.
Za dworzanami strzelcy i straż zbrojna w berdysze. Dalej olbrzymi lud...
Zamilkły trąby. Ucichła wrzaskliwa muzyka. Stanęły hetmańskie chorągwie. Do wnętrza namiotu wszedł książę Feodor Iwanowicz Mścisławski, — sam.
Giermak na nim biały, haftowany, na ramionach wielka delia.
Oczy kniazia ciche, mądre, głębokie.
Patrzy długo w hetmańskie oczy.
Wstrząsnął głową kędzierzawą.
Ręce złożył na piersiach.
Rzecze:
— Och, ty cny jesteś, Stanisław Stanisławowicz,
Jaśnie wielmożny pan hetman Żółkiewski!
Oto wyszedł wszystek prawosławny lud,
Na dachy wstąpił, z okien wygląda,