Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/198

Ta strona została uwierzytelniona.

— Siedząc w samotności, wśród śniegów i lodów, myślałem i ja także dniami i nocami. Myślałem głównie nad tem, że w samej istocie rzeczy przestałem być sobą, panem. Nie przewyższałem otaczających niczem a niczem. Ja ich — niczem! Jeśli chcieli, gardzili mną. Gdy byli nastrojeni wspaniałomyślnie, maczali koniec palca w wodzie i zwilżali moje zgorzałe wargi. Wonczas powinienem był wielbić ich, gdyż, mogąc, nie uczynili mi nic złego. Nie ratowała mię nawet rodowa duma, bo gdym w nią z rozpaczą bił pięściami, wydawała nie dźwięk miedzi, nie szczęk stali, nie wzgardę wszystkich, czem była przez wieki, tylko jęk twoich długich, mądrych wywodów. Wtedy to olśniła mię ta myśl, którą czczę teraz. Znalazłem w sobie skałę, i na niej stanąwszy, uczułem moc w duszy i siłę w oczach. Przestałem być niewolnikiem, i oczy moje nabrały blasku. Ujrzałem życie, ujrzałem je całe. Trzeba w sobie mieć wszystko, trzeba samemu dumną głową przewyższyć wszystkich, mieć w sobie młodą siłę, mocniejszą, niżeli śmierć. Trzeba w swoich wnętrznościach nosić potęgę lwa szalonego, a o resztę wcale nie dbać. Powiedz-no waszmość, zaprzecz, jeżeli możesz, czy kiedy czułeś się bardziej człowiekiem, niżeli wówczas na stepie podolskim, kiedyśmy właśnie tak czuli. Nic, tylko — my! My — to świat! Reszta niech posłusznie milczy. Takiż, w tych samych miejscach był i twój Żółkiewski, kiedy króla i wszystką rzeczpospolitą na ręku piastował. Byłoż co w twojem życiu lepszego, niż owe noce nasze hulaszcze czasu kampamentów pod Bracławiem, powroty do obozu nad ranem z nocnych patrolów? W cóż się obróciły troski