Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/277

Ta strona została uwierzytelniona.

oboje. Nie wiedział, kto on jest: — Rudolf, czy Otto? Szli ku domowi bezwładnemi krokami, w milczeniu. A nim doszli do drzwi pałacu, ścieżką, zachylającą się w prawo i w lewo, dokonało się dzieło straszliwe, defloracya duchowa Teresy, choć nie zbliżyli się do siebie i nie dotknęli się do siebie nawzajem ani nawet krajem szaty. Otto von Arffberg, siedząc w małej kajutce oficerów łodzi podwodnej, rozpamiętywał szereg dni następnych, tydzień upłyniony, jako jednę fugę szaleństwa. Dnie i noce, sen i czuwanie było to jedno pasmo bytowania w zaświatach uczucia. Nie umiałby powiedzieć, ile chwil, czy ile tysięcy lat trwały te dnie i jakie wieczności zamknęły się w minutach tęsknoty za widokiem Teresy. Miał nieustające widzenie jej postaci, jeżeli nawet była daleko, poza obrębem pałacu, lub w innych pokojach. Poznawał jej nadejście po furyi serca i po zamieraniu oddechu. Poznawał jej odejście po pustym bólu w głowie i po śmiertelnym żalu, który trupią bladość na jego twarz sprowadzał. Wielekroć chodził sam na grób brata. Stojąc nad jego mogiłą usiłował kajać się, wydobyć ze siebie skruchę, wyłamać z głębi żal, wyważyć wszystką pracą ducha wyrzeczenie się siebie. Ale skrucha skamieniała, żal nie imał się serca, wyrzeczenie się zgasło, jak płomyczek bezsilny. Wszystko pochłonęła piękność Teresy. Wszystko zginęło w niezwalczonym uroku spojrzenia jej błękitnych oczu. To, co się zdarzyło w ciągu następnych dni, było już tylko logicznem następstwem dokonań wewnętrznych. Pałac od strony ogrodu miał kształt podkowy. Dwa jego boczne skrzydła stały naprzeciwko siebie. W tych dwu skrzydłach mieściły się sypialnie