Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom III.djvu/122

Ta strona została uwierzytelniona.

strony głównej kwatery odezwały rogi i trąby. Wysłaniec imperatora wzywał legionistów przed swój trybunał.
— Nie słuchajmy! — wołali agitatorowie. — Niech on do nas przyjdzie.
Ale żołnierz, przywykły iść za Publiuszem wszędzie, dokąd rozkazał, nie dał się burzycielom przekonać.
— To woła Kwintyliusz, który dzielił z nami trud obozowy — odpowiadali starsi legioniści i pociągnęli ku głównej ulicy.
Za nimi powlekli się rokoszanie.
Przed kwaterą trybunów, na mównicy polowej stał Publiusz w pełnej zbroi, z szyszakiem na głowie, w purpurowym płaszczu dyktatora, otoczony starszyzną i liktorami. Chorążowie trzymali nad nim sztandary.
Spoglądał na tłum, zbliżający się bez ładu, tym samym ponurym, nieubłaganym wzrokiem, którymg o powitał... i czekał.
Kiedy się legion zebrał, podniósł rękę.
Cisza grobowa zaległa wokoło. Tysiące oczu życzliwych zwróciło się na wodza, tysiące niechętnych opuściło się na ziemię.
W tej złowrogiej ciszy rozbrzmiał szorstki głos Publiusza:
— Do szeregu!
Żołnierz, przywykły iść za tym głosem na śmierć, drgnął i zaczął się ruszać. Rychło jednak oprzytomnieli buntownicy. Kiedy się jedni szykowali, stali drudzy w miejscu, nie pozwalając utworzyć szeregu.